poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Hobby? Rozlewanie coca-coli

Przejażdżka po wzgórzach Hollywood. Ciepłe powietrze przenika każde miejsce na skórze, podmuch delikatnego wiatru i świadomość, że zaraz ujrzysz dom swojego idola ogrodzony potężnym płotem. Widzisz tylko zaparkowane pic-up'y, wozy ogrodnicze dbają o najmniejszy bluszcz. Ach, jeszcze ten pisk małoletnich dziewczynek, na dźwięk wypowiadanych słów "Miley Cyrus" z ust czarnoskórego przewodnika w białych najeczkach.

Rodeo drive, najdroższa ulica w LA, Michael Jackson 
codziennie kupował tam nowe skarpetki, najbielsze jakie 
mieli. Wystawy sklepowe to właściwie genialne instalacje,
zaprojektowane, aby przyciągać wzrok każdego
 przechodnia. 
Kibice zasypiają, a cola-cola rozlewa się na ich ubrania,
 popcorn jest wszędzie, cheerleaderki machają pomponami
 tak intensywnie jakby od tego zależało ich życie. Ogromny
 telebim pokazuje napis „Kiss person next to you”, ktoś 
krzyczy, ktoś się przepycha. Lakersi przegrywają w bardzo
 kiepski stylu.
Żółte autobusy to nie jest ściema, na każdym kroku 
wylewają się z niego dzieciaki bardziej lub mniej czarne.
Tak, to gwiazda mojego ulubionego aktora grającego 
ostatnio w największym chłamie jakie moje oczy widziały. 
ALE STAŁ TAM i JA TEŻ TAM STAŁAM. Od tego momentu 
towarzyszy mi uczucie emocjonalnej więzi z każdym jego
 filmem. Chodnik jest pełen też innych podle wbitych w 
ziemię gwiazd różnych sławnych osób. Prawdziwa uciecha 
dla turystów, każdy się zatrzymuje, przepycha byle tylko 
mieć zdjęcie z TĄ SŁYNNĄ GWIAZDĄ.
Według legendy Elvis Presley umarł siedząc na kiblu. I wcale
 mu się nie dziwię. Gdybym codziennie zjadała tak cholernie
 duże, ociekające musztardą hot dogi jak on, to z 
pewnością też bym cierpiała na zaparcia. Ten żółty wagon
 przerobiony został na knajpę i od tego czasu całkiem nieźle
 prosperuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz